punkt oparcia

– Bardzo dobra siekiera! – Usłyszałem, kiedy po raz kolejny zamierzałem zamachnąć się toporem. – Z taką to pewnie żadne rąbanie nie straszne!
– Ta…, rzeczywiście dobra! – Odpowiedziałem ocierając pot z czoła. – Ale i tak trzeba się nią porządnie namachać.
Było gorąco. Początek października, a temperatura powietrza wciąż dochodziła do 30 stopni Celsjusza. Kilkukilogramowy kolun, który trzymałem w rękach (miejscowi tak nazywają siekierę do rozbijania grubych klocków drewna) wymagał sporej siły i zręczności. Ale dawałem sobie radę. Początki może były nieco trudne. Bolące mięśnie, odciski na dłoniach i powbijane w skórę drzazgi. Jednak stosunkowo szybko udało mi się opanować sztukę polegającą na tym, by dużo zrobić a wcale się nie narobić.
Spojrzałem na leżącą przede mną pryzmę porąbanego już drewna i na tę obok, jeszcze większą, która czekała na swoją kolejkę. Zejdzie mi z tym pewnie do późnej jesieni. Zresztą, nie ma pośpiechu. Drewna na nadchodzący sezon grzewczy jest pod dostatkiem, a to i tak, kiedy zwiozę do szopy będzie leżało do następnego roku.

Kilka dni temu, podczas prac porządkowych na podwórku pomyślałem sobie, że odpoczywam. Że właściwie niczego nie muszę. Że wszystko, co robię – chcę robić. Wiem, że wywrócone do góry nogami życie i tak będzie wymagało nowego punktu oparcia. Jednak póki co – kolun wystarcza.

ad mortem

Stałem na cmentarzu wspominając niedawną śmierć kolegi, tragiczną, jak każda zresztą. Zimno wdzierało się przez ubranie pod skórę niczym woda podczas obfitych opadów przez nieszczelne okno do mojej klasztornej celi. Zwyczajny grób zawalony mnóstwem przemarzniętych kwiatów, krzyż i wypisana na tabliczce metryka…
Pomyślałem, że każda śmierć o którą się ocieram skalpuje mnie z resztek iluzji, której wciąż kurczowo się trzymam. Jakby chciała wbrew mnie, wbrew wszystkiemu co w życiu brałem za dobrą monetę i przekonanie, że powinno trwać przynajmniej wiecznie – po raz kolejny pokazać, że naprawdę przyszło tylko na chwilę. Ludzie, uczucia, spojrzenia, wydają się takie ulotne. A ja zawsze chciałem, żeby trwały jak najdłużej. Tymczasem pojawiały się i znikały, przychodziły i odchodziły. Ciągle trudno mi zrozumieć, że szczęście nie jest stanem constans, końcowym spełnieniem, definitywnym określeniem, ostatecznym rozwiązaniem. Jakoś nie mogę pozbyć się tej przeklętej naiwności i iluzji, które w konsekwencji zawsze doprowadzają mnie do rozpaczy. Bo już nadchodzi koniec czegoś, co jeszcze na dobre się nie zaczęło.
Teraz było identycznie, jak za każdym razem. Uśmiercona rozpaczą przyjaźń. Pomyślałem o bólu, cierpieniu i udręce jakie musiał przeżywać wcześniej i o tym, że to one doprowadziły do tego, co się stało potem. Jasna cholera! Było mi przykro, czułem się oszukany i miałem wrażenie, że wszystkie niewypowiedziane słowa łamią mi się w gardle. Chciałem, żeby cała złość i smutek jakie w sobie nosiłem zamarzły we mnie na zawsze w to mroźne popołudnie, nad tym grobem. Żeby przestało boleć i żeby przyszedł spokój. Nic takiego jednak się nie stało. Poczułem tylko pieczenie na twarzy. To spływająca łza zamarzała na policzku…