chłód

Od przeszło tygodnia namiętnie pada śnieg. Wszystko wokół przykrywa już kilkudziesięciocentymetrowa śnieżna czapa. Jest biało. Spoglądam na nasz dom. Na krawędzi dachu utworzyły się ogromne lodowe seraki. Niebezpiecznie wiszą nad ziemią. Przyglądam się im z niepokojem oczekując na moment kiedy z gruchotem zwalą się w dół. Chyba jednak nieprędko to nastąpi. Mróz ciągle trzyma.

Kilka dni temu wybrałem się na rowerową przejażdżkę po okolicy. Przejaśniło się, więc postanowiłem wykorzystać tę możliwość. Przez wzgórza, grzęznąc w zaspach, pojechałem do pobliskiego miasta. Potem ścieżką rowerową przemknąłem wzdłuż rzeki i jeziora, a następnie wspinając się po białych serpentynach opłotkami wróciłem do domu. Pogoda była fantastyczna, pomijając oczywiście wiatr, którego podmuchy przy kilkustopniowym mrozie nieprzyjemnie kłuły w twarz. Do klasztoru wróciłem zmarznięty, ale za to spokojny i zrelaksowany.

Dobrze czuję się kiedy jest chłodno. W pokoju kaloryfery poskręcałem do minimum, zważając jedynie na to by woda w nich nie zamarzła. Zdecydowanie wolę ubrać na siebie dodatkowy sweter, niż z powodu gorąca rozbierać się do podkoszulka. W chłodzie dobrze mi się myśli. I czyta. Wolne chwile dzielę więc na aktywną rekreację jeśli aura pozwala i czytanie. Pod choinkę dostałem Dzienniki lodu Jean McNeil. Opowieść o Antarktydzie. A właściwie o doświadczaniu siebie w zetknięciu z lodowym pustkowiem. Dziwne… Chłód, paradoksalnie, wcale nie przytępia. W zetknięciu z nim odczuwam dziką namiętność do życia.

korzenie

Pojawiły się pierwsze oznaki zimy. Zrobiło się naprawdę zimno i padał deszcz ze śniegiem. Czapkę z daszkiem zmieniłem więc na inną, cieplejszą. Taką, w której uszy nie marzną.
Dziś, po raz pierwszy od przeszło tygodnia spałem we własnym łóżku. Krótko, ale intensywnie. I dobrze mi było jak nigdy.
Na ostatnich zajęciach w hostelu uświadomiłem sobie, że tęsknię za domem. Za spokojem, klasztorem, cichą przestrzenią mojej celi, wspólnotą, – z którą dobrze jest być nie tylko na zdjęciach (sic!).
Kurde, chyba naprawdę zapuściłem tu korzenie.

mój przyjaciel friend

Szliśmy powoli zastanawiając się gdzie postawić nogę. Pora była już późna. Dni o tej porze roku są dość krótkie, zwłaszcza w górach, zadziwiająco szybko się zmierzcha. Podpierając się kijem trekkingowym szedłem z przodu. Przyjaciel tuż za mną, z czołówką na głowie oświetlał drogę, starając się nie odstępować mnie na więcej niż krok. Pomimo egipskich ciemności dość zręcznie udawało nam się przeskakiwać z kamienia na kamień. Byle do przodu, byle do domu! Zmęczony byłem i w dodatku bolała mnie głowa. Wypchany żelastwem plecak niemiłosiernie uciskał mi ramiona. Niecierpliwie więc czekałem na moment, kiedy wreszcie zrzucę go na ziemię. Perspektywa odpoczynku była jednak jeszcze dość odległa…

– 10 metrów! – Krzyknąłem.
Spojrzałem do góry. Kończyła się lina, a mój partner ciągle jeszcze myszkował pomiędzy skalnymi blokami próbując znaleźć wygodne stanowisko do asekuracji. Pogoda była piękna. Czyste niebo, słońce, przyprószone śnieżnym puchem granie Tatr i przyjemny, niezbyt porywisty, choć nieco chłodny wiatr. Stojąc w bezruchu przywiązany linami do skały po kilkunastu minutach zacząłem jednak odczuwać zimno. Najbardziej dotkliwie w stopy. Bose, wepchnięte w ciasne buty wspinaczkowe zdawały się drętwieć. Powoli zaczynałem żałować, że w ogóle je założyłem. Teren przecież nie jest zbyt trudny, trójkowy, więc spokojnie dałbym radę przejść go w normalnych górskich trepach – myślałem. Zresztą, teraz już za późno na przebieranie, a poza tym i tak nie bardzo jest jak. Stoję na pochyłej półce wpięty do wystających ze ściany haków. Zbyt dużo kombinacji. Chwila nieuwagi i mógłbym zwalić się na dół. Tyle przeszedłem, to przejdę jeszcze ten kawałek.
– Mam auto! – Z myślowego odrętwienia wyrwał mnie głos partnera.
– Oki! Nie asekuruję! – Rzuciłem w odpowiedzi.

Kilka minut później obaj staliśmy na szczycie. Chłodne listopadowe słońce wędrowało po bezchmurnym niebie, a kryształy zmarzniętego śniegu skrzyły się w jego promieniach. Pomimo zmarzniętych stóp i zgrabiałych od skał dłoni nie czułem już zimna. Pozostało za mną, tam na stanowisku i w ścianie. Przyćmiła je radość ze zdobytej góry. Zresztą, w ostatecznym rozrachunku ono wcale nie jest takie trudne do zniesienia. Zwłaszcza wtedy, kiedy masz je z kim dzielić. Nie tylko z partnerem od liny, ale z przyjaciółmi w codzienności. Z tymi, z którymi splata Cię los. Na dobre i na złe, na życie i na śmierć…

Pakując sprzęt do plecaka wziąłem do ręki kość i zacząłem bawić się jej mechanicznymi krzywkami.
– Mój przyjaciel friend! – Uśmiechając się powiedziałem do mojego partnera.
– Niezawodny. Mój przyjaciel friend!