chłód

Od przeszło tygodnia namiętnie pada śnieg. Wszystko wokół przykrywa już kilkudziesięciocentymetrowa śnieżna czapa. Jest biało. Spoglądam na nasz dom. Na krawędzi dachu utworzyły się ogromne lodowe seraki. Niebezpiecznie wiszą nad ziemią. Przyglądam się im z niepokojem oczekując na moment kiedy z gruchotem zwalą się w dół. Chyba jednak nieprędko to nastąpi. Mróz ciągle trzyma.

Kilka dni temu wybrałem się na rowerową przejażdżkę po okolicy. Przejaśniło się, więc postanowiłem wykorzystać tę możliwość. Przez wzgórza, grzęznąc w zaspach, pojechałem do pobliskiego miasta. Potem ścieżką rowerową przemknąłem wzdłuż rzeki i jeziora, a następnie wspinając się po białych serpentynach opłotkami wróciłem do domu. Pogoda była fantastyczna, pomijając oczywiście wiatr, którego podmuchy przy kilkustopniowym mrozie nieprzyjemnie kłuły w twarz. Do klasztoru wróciłem zmarznięty, ale za to spokojny i zrelaksowany.

Dobrze czuję się kiedy jest chłodno. W pokoju kaloryfery poskręcałem do minimum, zważając jedynie na to by woda w nich nie zamarzła. Zdecydowanie wolę ubrać na siebie dodatkowy sweter, niż z powodu gorąca rozbierać się do podkoszulka. W chłodzie dobrze mi się myśli. I czyta. Wolne chwile dzielę więc na aktywną rekreację jeśli aura pozwala i czytanie. Pod choinkę dostałem Dzienniki lodu Jean McNeil. Opowieść o Antarktydzie. A właściwie o doświadczaniu siebie w zetknięciu z lodowym pustkowiem. Dziwne… Chłód, paradoksalnie, wcale nie przytępia. W zetknięciu z nim odczuwam dziką namiętność do życia.