kilka słów o samotność c.d.

Jak dobrze po przepracowanym dniu znów znaleźć się w swojej celi. Ciasnej, ale za to własnej. Jak dobrze, że nie ma już wspólnych dormitoriów, w których mnisi spali na słomianych matach, stłoczeni jak śledzie w beczce. Dzięki postępowi w reformach stylu życia zakonnego dziś mam szansę na odrobinę samotności. Niewątpliwie jest ona dla mnie łaską. Miejscem Spotkania. Obecnością, w której spotykam wszystkich. Pamiętam, że wstępując do klasztoru mój obraz życia zakonnika bardziej kojarzył mi się z pewną formą alienacji, niż z prawdziwym byciem-dla-innych. Na wyzbycie się złudzeń potrzebowałem jednak wielu długich miesięcy. Złamało mnie odkrycie, że tak naprawdę od świata nie uciekłem, wręcz przeciwnie! Zabrałem go ze sobą. Wszyscy, których zostawiłem w świecie za klasztornym murem wciąż byli ze mną. Później zrozumiałem, że tak naprawdę odnalazłem ich w sobie. Stali się we mnie Obecnością. To jednak był dopiero początek drogi…
Od samotności wielokrotnie uciekałem. Mimo wszystko, był to dość trudny wątek w moim życiu. Uciekałem od samotności, która staje się pustką, i w której nie ma nic. Tak było do momentu, kiedy w sposób jak dotąd najbardziej pełny mogłem jej doświadczyć. Przeżyłem… i przestałem uciekać. W niej nauczyłem się BYĆ.
Samotność w ludzkim rozumieniu staje się cierpieniem. Pewnie dlatego, że nie jest prawdziwa. I tak naprawdę nie jest samotnością, tylko uporczywym szukaniem siebie.
Cieszę się tą niewielką przestrzenią ciszy w mojej samotni. Czasami tylko chrap zza ściany zdradza czyjąś obecność…

powracające wspomnienia

Czułem jak wiatr przez ubranie przenika mi do skóry. Jego silne podmuchy smagały moje nogi, głowę, ramiona… Zaciągnąłem na twarz kaptur i szczelniej owinąłem się szalikiem. Spojrzałem na ręce. Były już sine… a przecież staliśmy zaledwie kilka minut. Buran. Tak naprawdę chyba nikt nie potrafi oprzeć się jego sile. Gwałtowny i porywisty niczym huragan owiewa wszystko, co staje mu na drodze. Ci, którzy przeżyli dramat Kazachstanu dobrze go znali. Ciągle opowiadali jak żywcem zamrażał zwierzęta, bydło, nawet ludzi… Wychodząc w step można było już nie wrócić. Pamiętam, że kiedy tak słuchałem tych opowieści i patrzyłem na ludzi, których spotykałem, i z którymi rozmawiałem, na ich życie, na doświadczenie, na drogę, którą przeszli, nie mogłem uwierzyć, że to wszystko prawda. Czasami wydawało mi się, że to świat wokół mnie jest zwariowany, albo że ja jestem z innej bajki.
Mogiła była bardzo skromna. Usypany z ziemi niewielki kopczyk, prosty sosnowy krzyż, trochę świerzych kwiatów i tabliczka: imię, nazwisko, przeżyte lata… Było mi przykro, że nie mogłem przyjechać na pogrzeb, ale tak bywa, kiedy próbujesz się zatroszczyć o wszystko i o wszystkich. W efekcie jesteś trochę tu, trochę tam. Ochrzcisz dzieciaka, wyspowiadasz kilka osób, czasem kogoś przed śmiercią namaścisz, a czasem… po prostu nie zdążysz.
Leonid zmarł kilka dni wcześniej. Miał wtedy 46 lat i wystarczająco dużo siły by spróbować zmienic swoje życie i świat. Niestety, nie zdążył. Sporo pił. Podczas jednej z pijackich imprez doszło do kłótni, potem przepychanki aż w końcu oberwał cegłą w głowę. Jakimś cudem udało mu się uciec i resztkami sił dowlec się do domu. Potem żył jeszcze tylko przez godzinę.
Teraz staliśmy na cmentarzu w środku stepu, pochyleni nad jego grobem. Ściskając w skostniałych z zimna palcach paciorki różańca odmawialiśmy modlitwę. Bronisława miała w oczach łzy.
Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie…

Wiatr jednak zagłuszał nasze słowa…